Michał Kusztal
Mam potrzebę tworzenia
Rozmowa z Michałem Kusztalem, aktorem Teatru Dzieci Zagłębia w Będzinie
Marta Odziomek: Jak się rozpoczęła Twoja przygoda ze sceną?
Michał Kusztal: Zawsze chciałem być aktorem. W młodości byłem aktorem kółka teatralnego działającego przy Miejskim Domu Kultury nr 1 w Bytomiu (pochodzę właśnie z Bytomia), występowałem w teatrach amatorskich, brałem udział w licznych konkursach recytatorskich. W 2007 roku ukończyłem studia na Wydziale Aktorskim PWST we Wrocławiu. Czas ten był czasem intensywnym, twórczym i efektywnym.
Chciałeś zostać aktorem dramatycznym?
Nigdy nie myślałem o takim rozgraniczeniu. Aktor to aktor - musi się mierzyć ze sceną, z kamerą, publicznością.
Czy był taki moment, który uświadomił ci, że chcesz zostać aktorem?
To chyba było już w przedszkolu! W jednym z przedstawień - w „Czerwonym Kapturku”, grałem wilka i pamiętam tylko, że bardzo dobrze czułem się na scenie. Pamiętam, że świetnie odegrałem moment zabicia wilka - jak upadłem od strzału leśniczego, to wszyscy widzowie, zwłaszcza dorośli, pomyśleli, że naprawdę coś mi się stało - tak ładnie mi to wyszło… (śmiech).
Studiując aktorstwo we Wrocławiu, zostałeś aktorem Teatru Polskiego, będącego jedną z najlepszych scen w kraju…
Na czwartym roku studiów zostałem na dwa sezony przyjęty do Teatru Polskiego we Wrocławiu. Miałem okazję skonfrontować moje umiejętności, zapał, dojrzałość oraz światopogląd z zawodowymi aktorami i reżyserami współpracującymi z teatrem. Szczególnie sobie cenię współpracę z obecnie najpopularniejszym chyba duetem twórców teatralnych w Polsce: Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim. W Teatrze Polskim wystąpiłem m.in. w: „Dziadach. Ekshumacji” i „Śmierci podatnika” reżyserowanych przez Monikę Strzępkę oraz w „Hamlecie” w reżyserii Moniki Pęcikiewicz.
Co było po „okresie wrocławskim”?
Rozpocząłem kolejne studia - tym razem dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Współpracowałem z kilkoma nieinstytucjonalnymi teatrami m.in. Sceną Witkacego we Wrocławiu. W 2010 roku zaangażowałem się do Teatru Dzieci Zagłębia w Będzinie.
A co przywiodło cię do teatru lalkowego?
Konfrontacja z takim właśnie repertuarem - adresowanym dla publiczności dziecięcej, ale nie tylko. Od 2011 roku przy Teatrze Dzieci Zagłębia działa Scena Inicjatyw Twórczych (SIT), która prezentuje spektakle dla dorosłych, więc to nie jest tak, że przestałem mieć kontakt z repertuarem dramatycznym. Uważam zatem, że Teatr Dzieci Zagłębia z każdej strony kształtuje mój aktorski warsztat i jestem z tego powodu bardzo usatysfakcjonowany.
No właśnie - Scena Inicjatyw Twórczych: w jej ramach prezentowane są dwa spektakle w Twojej reżyserii i z Twoim udziałem: „Emigranci” oraz „Kartoteka”.
Kiedy dyrektor Teatru Dzieci Zagłębia, Dariusz Wiktorowicz, uruchamiał SIT, dał mi szansę spróbowania swoich sił jako reżyser. „Emigranci”, których premiera odbyła się we wrześniu, to mój reżyserski debiut, potem wyreżyserowałem „Kartotekę”, która powstała okazji 90. urodzin Tadeusza Różewicza. Obydwa spektakle znajdują się w repertuarze teatru i zyskują powoli coraz większą popularność. Jestem niezwykle szczęśliwy, że mogłem wypróbować się w roli reżysera i myślę, że na tym nie zakończę realizacji swoich pomysłów reżyserskich.
Jak się czujesz jako reżyser?
Wychodzę z założenia, że w każdym aktorze drzemie pierwiastek twórcy i nie chodzi o to, żebym musiał teraz nagle wybierać pomiędzy rolą aktora a reżysera. Jestem w tym momencie po prostu twórcą: kiedy gram - aktorska pokora sprawia, że wykonuję polecenia reżysera; kiedy reżyseruję - chcę sam od siebie przekazać jakąś myśl innym ludziom. Po prostu jest we mnie potrzeba tworzenia.
Skąd takie tytuły: „Emigranci” i „Kartoteka”?
Zależy mi na tym, aby tematyka poruszana w moich spektaklach była tematyką społeczną, żeby teatr, który tworzę był tzw. teatrem współczesnym. Uciekam jednak od prezentowania takiej jawnej publicystyki na scenie. Ona, owszem, jest pretekstem do tego, żeby powstał spektakl, ale jest on tworzony za pomocą innych środków. Poza tym, zależy mi przede wszystkim na pokazaniu klasycznego dramatu jednostki, jej egzystencjalnych problemów. Sądzę, że takie podejście świetnie sprawdza się zwłaszcza w „Emigrantach” - tutaj inspiracją była obecna sytuacja polityczno-społeczna Europy: kryzys finansowy, bezrobocie, strajki, bezradność młodych czy też ogólne niezadowolenie z rządów. Szukałem w tym tekście także dramatu jednostki - pokazać jej tęsknotę za najbliższymi, mierzenie się trudnymi wyborami: np. być czy mieć. Myślę, że w każdej inscenizacji warto dążyć do takiej syntezy: między tym co uniwersalne i tym co publicystyczne, czyli aktualne. To trudne ale warte wysiłku.
„Emigranci” opisują czasy PRL-u. W Twoim spektaklu jest inaczej.
Zależało mi, aby jak najbardziej uwspółcześnić temat, ale nie poprzez przepisywanie tekstu. Chciałem pokazać po prostu samotność tych dwojga ludzi, będących na emigracji zarobkowej. Jak się okazuje - jest to temat wciąż bardzo nośny i aktualny.
Mimo niechęci do przepisywania tekstów na potrzeby własnych spektakli, jest w Tobie dążenie do ich dekonstrukcji - co widać na przykładzie „Kartoteki”. Ten spektakl przecież zupełnie nie przypomina tekstu napisanego przez Różewicza…
Tak - jest ona „zdekonstruowana”, ale uważam, że na korzyść! Myślę nawet, że jest w niej więcej Różewicza niż w innych realizacjach Różewicza. Mówię to, gdyż wydaje mi się, że w twórczości Różewicza najistotniejszy jest konflikt na linii człowiek - świat, unaocznieni jego wewnętrznego dramatu. Adaptacja tekstu została zatem podporządkowana temu tematowi. Jeśli chodzi o dekonstrukcję, to można było pokusić się o taki zabieg, zwłaszcza, że „Kartoteka” jest tekstem afabularnym, ma formę otwartą, tym bardziej, że sam Różewicz pozwala sobie właśnie na dekonstruowanie, pisząc potem „Kartotekę rozrzuconą”.
Reżyserując te dwa tytuły na pewno miałeś na uwadze publiczność młodzieżową. Czy nie miałeś pokus, by stosować tzw. chwyty pod publiczkę?
Oczywiście, że tak. Współczesny twórca musi mieć oczy dookoła głowy i jedno swoje oko wewnętrzne. Okiem wewnętrznym sprawdza, co mu w duszy gra, oczy zewnętrzne służą mu do obserwacji świata i zmian, jakie w nich zachodzą. Uważam, że komunikatywność w dzisiejszym teatrze, zwłaszcza teatrze powstającym z intencją dla młodych, jest niezbędna. Dobór środków musi być adekwatny, trzeba pamiętać o percepcji widza.
Czy widzisz różnice między grą dla dorosłych a dla dzieci?
To są dwa zupełnie różne typy ekspresji twórczej. Granie dla dorosłych może być bardziej introwertyczne, natomiast jeśli chodzi o publiczność dziecięcą - trzeba postawić na interaktywność i bezpośredni z nim kontakt: wyjść do nich, złapać, uśmiechnąć się, podać rękę. Z widzem dorosłym oczywiście także należy nawiązać kontakt, ale w inny sposób - na przykład poprzez pauzy, intelektualny sposób budowania bohatera. Poza tym - ta różnica tkwi także w samym widzu: dzieci nie boją się doświadczać przeżyć, chcą wręcz w nich uczestniczyć, wtapiają się w życie budowane na scenie, zaś dorośli bardzo się tego wstydzą i traktują spektakl z dystansem.
W jakich rolach możemy Cię oglądać, jeśli chodzi o repertuar dziecięcy?
Są to: „Przygody zucha Tomcia Palucha”, „Zwierzęta doktora Dolittle" oraz „Pan Twardowski”.
Jakie masz plany?
Chcę się rozwijać i
mieć możliwości potrzebne do tego rozwoju. Mam nadzieję, że spotkam na swej
drodze ludzi, którzy mi ten rozwój umożliwia - tak jak udaje mi się to do tej
pory. Mam nadzieję, że ludzie będą dla mnie inspiracją, a także, że ja dla nich
będę inspiracją - że to będzie takie współdziałanie. Myślę, że to właśnie dla
mnie najważniejsze.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Rozmawiała Marta Odziomek





















